Po krótkiej naradzie koleżanka zgodziła się, bym opublikowała wiadomość na popularnym fanpejdżu. Nie uznałyśmy za stosowne, by utajnić nazwisko elokwentnego pana. Skoro wysłał cyberrynsztok do obcej osoby, to powinien być dumny z tego, że będzie pod nim podpisany własnym nazwiskiem.
Pan nie był jednak dumny. Prosił i groził, by zdjąć pełną bluzgów wiadomość, bo może mu to zaszkodzić. Twierdził, że jest studentem prawa (sic!) z układami w palestrze, a Google nie zapomina. Przekonywał, że dostał już nauczkę i że już nie będzie.
Ostatecznie screenshot tej odrażającej wiadomości zniknął decyzją fejsa. "Ty k*rwo" i inne zwroty zostały uznane za "własność intelektualną" ustosunkowanego studenta prawa. Trudno się nie zgodzić.
Nie trzeba być delikatnym kwiatuszkiem, by nie akceptować mejli, w których ordynarny nieznajomy prezentuje wachlarz bluzgów. Można zareagować umiarkowanym zdenerwowaniem, wzruszeniem ramionami lub przyjąć potok wyzwisk z filozoficznym spokojem. Nawet wtedy można jednak chcieć coś z tym zrobić, tak jak Jarosław Kuźniar. Jeśli ktoś ma na tyle odwagi, by wysyłać komuś obcemu obraźliwe wiadomości, to powinien być gotowy na to, że jego wyczyn zostanie upubliczniony. To, że ktoś ubliża przez internet nie znaczy, że ma immunitet.
