O autorze
Ekspertka równościowa, socjolożka, publicystka. Felietonistka "Dziennika Opinii". Współorganizatorka III Europejskiego Kongresu Kobiet. Autorka "Pocztu przeciwników praw kobiet" wystawionego w Muzeum Sztuki w Łodzi. Napisała pracę dyplomową o matce socjologii, Harriet Martineau. Interesuje się polityką, herstorią i social media. Miłośniczka dobrej kawy i muzyki Beatlesów. Twittuje.

To nie my powinnyśmy się wstydzić

Miałam 14 lat, ale wyglądałam na 12. Byłam ubrana w obszerny t-shirt, dżinsy i glany, niosłam plecak. W słoneczne, wrześniowe popołudnie, wracałam ze szkoły do domu jedną z warszawskich ulic. Gdy poczułam na swoim pośladku rękę jadącego za mną na rowerze mężczyzny, zawrzała we mnie wściekłość.

“Przecież to lubisz” - zdążył wystękać obleśnie facet, zanim zrzuciłam go z roweru. Teraz znowu stękał, tym razem z bólu. Nagłe zetknięcie z betonem raczej nie należy do przyjemności. Na rękawie jego kurtki pojawiła się krew. “Pomóż mi” - jęczał. Przez chwilę rozważałam taką możliwość. Najchętniej odcisnęłabym mu podeszwę buta na twarzy, ale pomyślałam, że to byłoby mało rycerskie. Z pewnością nie zamierzałam mu jednak pomagać. Zostawiłam go leżącego na ulicy i pobiegłam do domu. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym wezwać policję.



Tego samego dnia uświadomiłam sobie, że moje skrupuły były naprawdę głupie: przecież on nie potraktował mnie jak rycerza, którego wyzywa się na pojedynek, tylko jak jakąś rzecz, którą może dotykać jeśli tylko zechce. A przecież go nie prowokowałam i byłam porządnie ubrana! Nie mogłam wyjść ze zdumienia. Jak to się mogło stać? To był moment, gdy odkryłam jedno z największych kłamstw seksistowskiego, patriarchalnego społeczeństwa, choć jeszcze nie potrafiłam adekwatnie wyrazić go słowami. Do 14 roku życia, pomimo tego że uważałam się za feministkę, byłam przekonana, że źli mężczyźni robią złe rzeczy złym kobietom, ale nie jest to aż tak złe, bo tak naprawdę one tego chcą (!).

Następne lata przyniosły lektury dotyczące przemocy seksualnej mężczyzn wobec kobiet i kolejne, choć już nie tak dramatyczne doświadczenia. To pierwsze molestowanie było dla mnie szokiem dlatego, że spotkałam się z czymś takim właśnie po raz pierwszy i dlatego, że sądziłam, że jako “porządnej” dziewczyny nigdy mnie to nie spotka. Nie znałam mężczyzn od tej strony.

Następne incydenty z molestowaniem - m.in. mężczyzna, który postanowił się obnażyć i onanizować na moich oczach, instruktor, który zamiast uczyć, wolał położyć rękę na moim udzie, pan który postanowił na ulicy skomentować, jak moja klatka piersiowa prezentuje się w t-shircie, czy wreszcie mężczyzna, który wysiadając ze mną z autobusu zaproponował mi pieniądze za seks, bo “lubi takie małe kobietki” - wydarzyły się, gdy dysponowałam już pewnym psychicznym przygotowaniem na obrzydliwości, których kobiety doświadczają ze strony niektórych mężczyzn.

Wiedza na temat przemocy seksualnej mężczyzn wobec kobiet nie oznaczała jednak, że odzyskałam poczucie bezpieczeństwa. Choć otaczający mnie na codzień mężczyźni traktowali kobiety z szacunkiem, to raz na jakiś czas przytrafiał się jakiś przypadkowy palant, który przypominał mi, że zawsze i wszędzie powinnam mieć się na baczności. Nie podobała mi się ta konieczność zachowania ciągłej czujności. Nadal mi się nie podoba.

Tak samo nie podobała i nie podoba mi się obojętność tzw. porządnych mężczyzn - niemolestującej większości - na przemoc mężczyzn wobec kobiet. Gdy podzieliłam się moimi doświadczeniami z kilkoma z nich, usłyszałam, że mam “nie przesadzać”, w końcu “nic się nie stało”. Przemoc unieważniona sześcioma słowami, które kobiety nadal często słyszą. Trudno opisać uczucie, które pojawia się, gdy ludzie, których lubisz, lekceważą Twoje doświadczenia, bo zamiast z Tobą, solidaryzują się bardziej ze sprawcami przemocy. To, jak się wówczas zachowali moi powiernicy, dziś, za Jacksonem Katzem, nazwałabym paradoksem macho. Czułam, że trafiam na mur. Przecież nic się nie stało! Złapałam się za głowę, gdy znajoma stwierdziła, że nie wierzy kobietom, które oskarżyły mężczyznę o molestowanie, bo przecież ona też z nim pracowała, a jej "nie molestował, chociaż jest od nich ładniejsza"!

Wszystkie kobiety, które znam, przynajmniej raz doświadczyły molestowania. Większość z nich doświadczyła go kilkukrotnie. Kilka zostało zgwałconych. Jedna jest ofiarą kazirodztwa. Jestem jednak przekonana, że nie można milczeć o tych mniejszych aktach przemocy, dlatego że przyzwolenie na mniejsze zło, przyczynia się do powstawania większego. Bez molestowania nie byłoby gwałtów.

Na szczęście nie wszyscy mężczyźni, zwłaszcza obecnie, reagują “przesadyzmem”. Czasy trochę się zmieniły, a dzięki pracy aktywistek z organizacji kobiecych przemoc mężczyzn wobec kobiet, w tym przemoc seksualna, jest dziś lepiej opisanym tematem niż była jeszcze w latach 90-tych czy na początku lat dwutysięcznych. Dziś nie wypada oficjalnie obwinić ofiary gwałtu czy molestowania, ani śmiać się ze zgwałcenia prostytutki, choć niektórzy nadal to robią. Nadal jednak kobiety wstydzą się mówić o tym, czego doświadczyły, choć to nie one powinny się wstydzić. Przez to mężczyźni nie zdają sobie sprawy ze skali zjawiska i z konsekwencji, jakie dla każdej kobiety z osobna i kobiet jako grupy społecznej ma zagrożenie przemocą seksualną.

Dlatego ucieszyłam się, że w Polsce ruszyła akcja Hollaback!, której celem jest zwalczanie molestowania w miejscach publicznych. Na stronie inicjatywy można opublikować i przeczytać historie kobiet, które doświadczyły molestowania, oraz poradnik dla ofiar i świadków. Molestowanie w miejscach publicznych często ma niemych świadków, którzy wolą odwrócić głowę, niż zareagować. Nie wystarczy nie molestować i nie gwałcić, by zasłużyć na miano porządnego mężczyzny (lub porządnej kobiety).

Mam świadomość, że ten tekst wystawi mnie na ostrzał krytyki. Niektórzy stwierdzą, że przesadzam, inni że wymyślam, jeszcze inni, że nie powinnam o tym pisać. Posypią się diagnozy psychologiczne lub nawet psychiatryczne, niektórzy uznają mnie za przeciwniczkę mężczyzn. Zapewne niektórzy uznają, że to te doświadczenia spowodowały, że jestem feministką. Otóż nie. Przyjaźnię się i z kobietami i z mężczyznami, a feministką jestem odkąd pamiętam.

Uznałam jednak, że dla sprawy - walki z przemocą wobec kobiet - taki tekst, podpisany imieniem i nazwiskiem, jest potrzebny. Wszystkie powinnyśmy zebrać się na odwagę, by otwarcie powiedzieć o naszych doświadczeniach. Tylko wtedy zmiana społeczna - skuteczna walka z przemocą - będzie możliwa. To się nie stanie, gdy przemoc zawsze będzie czymś odległym, czymś abstrakcyjnym, czymś czego doświadczają inne kobiety, ale oczywiście nie my.

TO NIE MY POWINNYŚMY SIĘ WSTYDZIĆ


******


Na Facebooku warto polubić:

* Hollaback! Polska
* Popieramy Konwencję o Przeciwdziałaniu Przemocy wobec Kobiet i Przemocy Domowej
* Ruch Mamy dość!
* Telefon interwencyjny Feminoteki i Avonu dla kobiet doświadczających przemocy

Trwa ładowanie komentarzy...