O autorze
Ekspertka równościowa, socjolożka, publicystka. Felietonistka "Dziennika Opinii". Współorganizatorka III Europejskiego Kongresu Kobiet. Autorka "Pocztu przeciwników praw kobiet" wystawionego w Muzeum Sztuki w Łodzi. Napisała pracę dyplomową o matce socjologii, Harriet Martineau. Interesuje się polityką, herstorią i social media. Miłośniczka dobrej kawy i muzyki Beatlesów. Twittuje.

Nieodpłatna praca kobiet - różowa strefa gospodarki

Fala męskich spóźnień i nieobecności w pracy. Budowa żłobków i przedszkoli jako najważniejszy rządowy priorytet. Lawinowy wzrost wezwań pogotowia ratunkowego przez osoby starsze. Oblężenie szpitali przez osoby z niepełnosprawnościami, które wymagają codziennej opieki. Boom na rynku usług opiekuńczych i związanych ze świadczeniem obowiązków domowych. Ograniczenie liczby godzin spędzanych przez mężczyzn w pracy odpłatnej na rzecz zajęcia się domem. Takie byłyby konsekwencje ogólnonarodowego strajku kobiet, które przestałyby świadczyć nieodpłatną pracę na rzecz domu i członków rodziny.

Wartość nieodpłatnej pracy kobiet szacowana jest na 30% PKB. Gdyby nagle jej zabrakło, państwo zostałoby zmuszone do gruntownej i – co równie istotne – szybkiej przebudowy polityki społecznej. Gdyby kobiety zrzuciły nieodpłatną pracę ze swoich barków na barki mężczyzn lub państwa, wiele postulatów środowisk kobiecych, powtarzanych od dziesiątków lat w kolejnych raportach i manifestach, zostałoby spełnionych – i to natychmiast.

Tymczasem w dziedzinie podziału obowiązków domowych mamy do czynienia z bardzo powolną ewolucją. Kobiety, teoretycznie równouprawnione z mężczyznami w każdej dziedzinie życia, nie mogą liczyć na równy podział obowiązków. W praktyce wystarczy pomaganie w gospodarstwie, przy dziecku, w opiece nad członkiem rodziny, by mężczyzna został bohaterem w swoim domu. Jeśli mężczyzna nie pomaga, jest to postrzegane jako wina kobiet, które najwyraźniej nie umiały sobie „wychować” mężów czy narzeczonych.

Kobiety dzielone są na dobre, ciepłe, kobiece, które bez szemrania, pomimo zmęczenia, wykonują znaczną większość domowych obowiązków, i zimne, roszczeniowe suki, które chcą uskutecznić sprawiedliw(sz)y podział zadań. Wszystkie szumne deklaracje o partnerstwie w związku, obecne zwłaszcza na łamach kolorowych czasopism, są w istocie nowoczesnym pustosłowiem. Wystarczy zapoznać się ze statystykami dotyczącymi faktycznego podziału obowiązków w rodzinie, by okazało się, że zarówno w skali narodowej, jak i globalnej o partnerstwie umiemy jedynie mówić, a prawdziwie partnerskie związki są równie prawdziwą rzadkością.




Przeszkodą w osiągnięciu sprawiedliwego podziału obowiązków domowych i opiekuńczych są tradycyjne role płciowe. Czynią one pracę nieodpłatną pracą niemęską, a nawet godną pogardy, po prostu poprzez historyczne przypisanie jej drugiej, ciągle uważanej za gorszą, płci.

Uczone i uczeni z University of South Florida dowiedli niedawno, że wielu mężczyzn po wykonaniu obowiązków domowych uznanych za kobiece wykazuje niezadowolenie i agresję, by zademonstrować swoją tradycyjnie definiowaną męskość. Mężczyźni wykonują mniej nieodpłatnej pracy niż kobiety, nawet jeśli oni są bezrobotni, a one pracują zawodowo! Niewidzialna ręka rynku nie działa na rynku pracy nieodpłatnej. Tu decyduje kultura, wzorce, normy i zachowania przypisywane kobietom i mężczyznom. Społeczeństwa, w których mężczyźni czują się kastrowani udziałem w domowych obowiązkach i odreagowują to agresją, mają więc poważny, wielopoziomowy problem.

Wbrew ideologii mistyki kobiecości, wytrwale lansowanej przez konserwatystów, mycie naczyń czy odkurzanie podłogi rzadko jest szczytem kobiecych ambicji. Zazwyczaj to zwykła konieczność, choć oczywiście zdarzają się kobiety, które realizują swój potencjał wiążąc ręczniki w kokardki (i pewnie znaleźliby się również tacy mężczyźni). Ktoś musi jednak wykonywać domowe obowiązki, a spychanie ich na kobiety z powodu ich rzekomo „naturalnych” predyspozycji, jest równie absurdalne, jak dowodzenie, że mniejsze stopy są ewolucyjnym przystosowaniem kobiet do stania przy zlewie.

Kobiety coraz rzadziej zgadzają się na zaszczytne miano kapłanek domowego ogniska w zamian za samotną, codzienną harówkę, często karkołomnie łączoną z pracą zawodową, brakiem czasu na rozwój czy rozrywkę, a nawet porządny sen (...).

Nieodpłatna praca kobiet jest różową strefą gospodarki, swoistą odwrotnością szarej strefy. O ile w przypadku szarej strefy dochody są ukrywane w całości lub w części przed państwem, o tyle jeśli chodzi o różową strefę, dochody osiągane dzięki niej przez gospodarkę są ukrywane przez państwo. Oficjalnie nieodpłatna praca kobiet nie istnieje. Jedna trzecia produktu krajowego brutto jest niewidzialna, za to kobietom, które pracują przecież również zarobkowo, często mówi się, że działania na rzecz równości płci czy polityka prorodzinna są zbyt kosztowne. Nieodpłatna praca kobiet zostałaby dostrzeżona, doceniona i wyceniona dopiero wtedy, gdyby jej zabrakło (...).

Fragment tekstu "Nieodpłatna praca kobiet. Różowa strefa gospodarki", który opublikowałam w raporcie pod tym samym tytułem.


******

Właśnie spotkałam się na kawie z Miluš Kotišovą, czeską myślicielką i działaczką społeczną, która zaprezentowała mi główne punkty swojego jutrzejszego wystąpienia o ekonomii społeczeństwa niedoboru w kontekście nieodpłatnej pracy kobiet. Będzie inspirująco! Zapraszam na jutrzejszą konferencję.

Fundacja Feminoteka i Fundacja im. Heinricha Bölla zapraszają na konferencję prasową połączoną z prezentacją raportu NIEODPŁATNA PRACA KOBIET - RÓŻOWA STREFA GOSPODARKI.

W spotkaniu udział wezmą autorki raportu: Magdalena Chustecka (działaczka społeczna), prof. Danuta Duch-Krzystoszek (socjolożka), Anna Dryjańska (socjolożka), Dobrochna Kałwa (historyczka), Miluš Kotišová (działaczka społeczna).

30 listopada 2012 r. (piątek), godz. 18:00, ul. Mokotowska 29 A (wejście od ul. Marszałkowskiej 34/50).

Trwa ładowanie komentarzy...